Karl wrócił z Sapporo z odrobinę większym optymizmem i nadzieją, że końcówka sezonu może być równie dobra jak jego początek. Z uśmiechem na ustach wsiadł do taksówki, by dotrzeć z lotniska do domu. Planował, że prześpi się przed powrotem Amandy, jednak gdy wyszedł spod prysznica zadzwonił telefon. Przez chwilę miar zamiar nie odbierać, ale po zerknięciu na wyświetlacz zmienił zdanie.
Nie był świadomy jak wiele po tym telefonie się zmnieni.
Bo ten telefon mógł stać się iskrą i przyczyną pożaru, którego nic nie będzie w stanie ugasić.
Amanda wpadła do domu zmarznięta i skierowała się do kuchni, by nastawić wodę na herbatę. Dopiero wtedy zaczęła powoli zdejmować szalik i kurtkę, uśmiechając się przy tym, bo kurtka Karla wisiała już w szafie. Już miała go zawołać, ale on pojawił się właśnie w przedpokoju i przytulił ją, zakładając jej włosy za ucho.
- Tęskniłam. - mruknęła w jego bluzę.
- Ja też. - pocałował ją w czoło i przygarnął jeszcze mocniej do siebie.
Rozłąka była od samego początku na stałe wpisana w ich związek, ale z upływem czasu wcale nie znosili jej lepiej. Było wręcz odwrotnie, każdy wyjazd Karla stawał się kolejnym bolesnym okresem w życiu obojga, im dłużej byli razem, tym trudniej było im budzić się rano samotnie.
Jeden z tych idealnych momentów, kiedy mogli się sobą nacieszyć, zepsuł przeciągły gwizd czajnika. Amanda niechętnie odsunęła się od Karla i zalała sobie herbatę, po czym ze zdziwieniem stwierdziła, że Karl nie przyszedł za nią do kuchni. Znalazła go opartego o ścianę w przedpokoju z wyrazem dziwnego zamyślenia na twarzy.
Znała to aż za dobrze. Doskonale wiedziała jakie słowa wypłyną za chwilę z ust Karla, jednak nie przewidziała kierunku w jakim potoczy się ta rozmowa.
Czasem jest tak, że iskra po prostu sama zgaśnie, ale zdarza się też, że wiatr roznieci z niej płomień.
A płomień przekszatałci się w niszczycielski żywioł, który nie oszczędzi niczego, co stanie mu na drodze.
Andreas wracał do domu w doskonałym nastroju, gdyż tego dnia zaliczył na czwórkę kolejny bezsensowny egzamin. W swojej euforii podświadomie odnajdywał odpowiednią drogę i wychodziło mu to nawet lepiej niż wtedy, gdy na tym się skupiał. Może jednak z jego orientacją w terenie nie było aż tak bardzo źle. Stał już przed klatką, ale po namyśle postanowił skoczyć jeszcze do sklepu.
W końcu wszedł do bloku z butelką szampana, który był przeceniony po Sylwestrze i sprężystym krokiem wspinał się na czwarte piętro. Zamaszystym gestem otworzył drzwi i jego oczom ukazali się Karl i Amanda. Już miał rzucił jedną z tych swoich uwag, którymi doprowadzał ich do śmiechu, jednak dostrzegł, że oni wcale nie zauważyli jego przyjścia.
- Ja chyba zaczynam rozumieć jaki Ty masz problem z moją matką. - mówił właśnie Karl. - Ty po prostu nie potrafisz zrozumieć jak to jest, kiedy matka kocha swoje dziecko i się o nie troszczy. Zazdrościsz mi relacji z matką, bo Twoja Cię porzuciła.
Amanda osłupiała, słysząc te słowa. Przed dłuższą chwilę miała wrażenie, że ktoś uderzył ją czymś ciężkim w głowę. Jednak w końcu myśli powróciły do niej z ogromnym natężeniem. Wiele z nich cisnęło jej się na usta. Chciała mu powiedzieć, że nic nie wie o jej matce, że nie ma prawa jej oceniać, jednak furia przejęła panowanie nad jej głosem.
- Pierdol się, Geiger. - wyartykułowała te słowa bardzo dobitnie i powoli, po czym splunęła prosto pod nogi Karla.
Przecisnęła się obok Andreasa, który odprowadził ją wzrokiem, po czym skierował go na kolegę. Wtedy stało się dla niego jasne, że on w żaden sposób nie zareaguje, więc chwycił kurtkę dziewczyny i poszedł za nią.
I choć wszystko spłonęło już doszczętnie, to tliła się jeszcze odrobina nadziei.
Nadziei, że po odpowiednich zabiegach na tych zgliszczach uda się jeszcze kiedyś coś zbudować.
Szła przed siebie, bez celu, nie odczuwając nawet zimna, choć miała na sobie tylko sweter. W jej głowie panował totalny chaos i nie miała siły teraz porządkować tej gmatwaniny myśli. Wiedziała jednak, że i tak przed tym nie ucieknie.
Wiedziała, że między nią a Karlem już nigdy się nie ułoży. Wybaczała mu wiele, ale tego nie była w stanie. Bo był w pełni świadomy jak bardzo ją tym zrani. To była nigdy niezagojona rana, najboleśniejszy aspekt jej życia i nie miał prawa poruszać tego tematu w tym momencie i w taki sposób.
Nawet jeżeli coś teraz mówiło jej, że mógł mieć trochę racji.
- Ama, zaczekaj. - Andreas narzucił jej kurtkę na ramiona i zaczął iść obok niej.
Nie przeszkadzał jej, po prostu był, jakby na wszelki wypadek. Świadomość, że ktoś się o nią martwi, była na swój sposób krzepiąca, choć powodów do obaw nie było. Nie zamierzała robić żadnych głupot, nie zamierzała odbierać sobie życia.
Zbyt wiele już przeżyła, by załamać się dopiero teraz. Zawsze walczyła i wiedziała, że nigdy nie przestanie.
Znowu boleśnie się na kimś zawiodła... A może to w niej leżała wina? Może to z nią było coś nie tak skoro traciła bliską osobę po raz kolejny?
- Chyba we mnie tkwi problem. - nieświadomie wypowiedziała te słowa na głos.
- Nie obwiniaj się, to nie ma sensu. Może po prostu trafiałaś na nieodpowiednich ludzi? - to był właśnie cały Wellinger.
Dwoma zdaniami potrafił skierować jej myślenie na zupełnie inne tory.
Rozdrapywanie tego nie miało sensu.
Może to ona nie umiała przyjmować miłości, którą jej ofiarowywano.
Może nie trafiła jeszcze na człowieka, który rozumiałby miłość tak samo jak ona.
Może to ona nie wiedziała czym jest miłość.
A może miłości nie ma?
***
Mówcie co chcecie, mnie się podoba. ;p