Nogi same poniosły ich do opustoszałego parku. Amanda ręką zgarnęła śnieg z ławki i usiadła, podciągając kolana pod brodę. Andreas poszedł w jej ślady, ignorując nieprzychylne spojrzenie starszej pani, spacerującej z pieskiem.
Obserwował za to swoją towarzyszkę, która pogrążyła się w świecie własnych myśli. Nie wiedział jak to jest, kiedy świat wali się człowiekowi na głowę, jak to jest doznać zawodu ze strony najbliższej osoby. To nie był jego świat, to nie było jego życie.
Czuł jednak, że ona go potrzebuje. Potrzebuje kogoś, kogo zna i kto nie jest Karlem. Był idealnym kandydatem i zamierzał być obok mimo swojej bezsilności.
Z reguły nie lubił ciszy, ale ta panująca teraz między nimi była mu bardzo na rękę. Był gotowy jej wysłuchać, gdyby tego potrzebowała, ale nie miał pojęcia jak miałby na jej słowa zareagować. Nie zamierzał jej wmawiać, że wszystko się ułoży i będzie dobrze. Skąd, do cholery, miał wiedzieć jak będzie?
- Co masz w tej reklamówce? - spytała go nagle.
- Co? Aaa, szampana.
Wyciągnęła rękę, więc otworzył go i podał jej butelkę. Pociągnęła spory łyk, krzywiąc się przy tym.
- Sądziłam, że wszystko, co złe już za mną. Życie jest jednak zaskakujące. - zaśmiała się gorzko. - Znowu się wybiera do mamusi, wiesz? I to raczej na dłużej, bo mu mamusia powiedziała, że tam będzie mógł sobie codziennie spokojnie trenować aż forma wróci.
Pokręciła głową, jakby nie mogła tego zrozumieć, a tym bardziej się z tym pogodzić. Gdyby miała teraz scharakteryzować teraz swoje uczucia nie znalazłaby odpowiednich słów.
Jak można opisać doszczętnie spustoszone serce?
Jak wyrazić ból tak silny, że nie czuje się już nic?
Jak skleić popiół w coś czym był dawniej?
Nie wiedziała. Patrzyła przed siebie niewidzącymi oczami. Nie dostrzegała piękna ośnieżonych drzew w świetle latarni ani obłoczków pary wydobywających się z ust wytrwałych biegaczy. Nawet obecność Wellingera wyczuwała czysto intuicyjnie. Tak naprawdę ten świat teraz dla niej nie istniał.
Przeszłość nie była miłym wspomnieniem.
Przyszłość nie rysowała się zbyt obiecująco.
Koniec musiała zmienić w początek, a cierpienie w siłę.
Nie pierwszy raz, ale może już ostatni? W końcu ile razy można się sparzyć?
Z reguły po pierwszym oparzeniu ludzie unikają nawet zapałek, a ona wchodziła między płomienie.
Wychodziła z nich coraz bardziej zniszczona...
Może była jak feniks, który ulega samospaleniu, by odrodzić się z popiołów?
Tylko że popiół mógł rozwiać wiatr i byłaby nie kompletna.
Tak się teraz czuła, jak gdyby jej spopielałe serce nie było w stanie złożyć się w całość.
Jakby straciła tą cząstkę serca odpowiedzialną za uczucia. Za miłość.
Czemu miała kochać skoro jej miłości nikt nie chciał ani nie odwzajemniał?
Chociaż... jest wiele rodzajów miłości. Wystarczy odszukać ten właściwy dla siebie.
Pociągnęła kolejny łyk szampana i zaśmiała się histerycznie. To przecież takie łatwe, czym ona się przejmuje? Straciła wszystko, więc więcej już nie będzie cierpieć.
Gdy mróz zaczął być coraz bardziej odczuwalny, Wellinger wstał i pociągnął Amandę za sobą. Objął ją mocno ramieniem, przestraszony jej zsiniałymi ustami. Wątpił, by upiła się szampanem, jednak musiał ją niemal ciągnąć, była całkowicie bierna i zupełnie nieświadoma swojego ciała.
Martwił się, po raz pierwszy w życiu martwił się o kogoś. Nie miał pojęcia jak długo ten stan dziewczyny się utrzyma, a pojutrze musiał wyjechać do Willingen. W razie potrzeby będzie musiał zrezygnować z tych zawodów, nie zostawi jej przecież samej.
Monachium nocą było zupełnie innym miastem, a dla kogoś, kto ma problemy z orientacją w terenie, zaczynało stanowić prawdziwe wyzwanie. Półprzytomna Amanda uwieszona na jego ramieniu w żaden sposób nie mogła mu pomóc, więc przez dłuższy czas chodzili tam i z powrotem, a jego wściekłość wzrastała w zastraszającym tempie. Jak na złość w zasięgu wzroku nie było żadnego postoju taksówek ani ludzi, którzy nie wyglądaliby na seryjnych morderców czy gwałcicieli.
W odruchu ogarniającej go rozpaczy, odsunął od siebie dziewczynę i delikatnie, a jednocześnie stanowczo, potrząsnął nią. Popatrzyła na niego z lekką kpiną, po czym ruszyła przed siebie. Podążył za nią, a ona skręciła po prostu w prawo, zamiast w lewo jak on kilkukrotnie i znaleźli się przed sklepem, w którym kilka godzin temu kupował szampana.
Spojrzał na nią zawstydzony, jednak ona posłała mu słaby uśmiech i ponownie wsunęła się pod jego ramię.
Gdy tylko znaleźli się w mieszkaniu, pognała do pokoju, który dzieliła z Karlem. Niepewnie poszedł za nią i zobaczył jak wpatruje się w połowie pustą szafę.
Dopiero wtedy zrozumiał, że ona mimo wszystko liczyła na happy end tej historii. Może nie liczyła, po prostu chciała uwierzyć, że on tu będzie, przeprosi i spróbują razem poukładać świat.
Świat był jeszcze do uratowania, ale ich miłość pochłonęły płomienie.
Ich miłość spłonęła, a popiół rozwiał wiatr.
A gdy Amanda odwróciła się w jego stronę, spostrzegł, że część tego popiołu wiatr dmuchnął prosto w jej oczy, które próbowały się oczyścić łzami.
Wiedział, że oczy wygrają tę walkę, jej arktyczne tęczówki będą dla ognia bezlitosne.
Jednak przed nią była o wiele trudniejsza walka. Walka, która nie będzie namacalnie widoczna.
- Wygrasz. - powiedział po prostu, wiedząc, że ona to zrozumie, a potem sięgnął po jej dłoń i splótł jej palce ze swoimi.
Spojrzała na ich złączone ręce, nie mając wątpliwości jaki niosą przekaz.
Nie jesteś sama i już nigdy nie będziesz.
Ogień mógł budować.
Ogień mógł zniszczyć miłość, ale przyjaźń była silniejsza.
Dwie splecione dłonie stały się dla niej symbolem tego nowego świata.
Świata, który będzie opierał się na Andreasie, dopóki nie będzie gotowa puścić jego ręki.